Social engagement. Dlaczego to działa tak mocno?
Bo tylko ludźmi jesteśmy.
Linkedin to platforma, na której ludzie chcą być widziani jako profesjonalni, aktywni, mądrzy, zaangażowani, inspirujący. To jest scena. A na scenie nikt nie chce siedzieć w ostatnim rzędzie (no chyba że chce). Wielu ludzi sukcesu i niesukcesu pragnie być zauważonymi, docenionymi, zapamiętanymi. Reguła wzajemności działa tu wyjątkowo silnie, bo łączy dwa światy: psychologię społeczną i potrzebę widoczności. Jeśli ktoś poświęca Ci uwagę, czujesz, że powinieneś zrobić to samo. Jeśli ktoś komentuje Twój post, masz ochotę wejść do niego i zostawić ślad. Jeśli ktoś wspiera Twoje treści, zaczynasz go traktować jak część własnego kręgu. To nie jest kalkulacja. To jest instynkt.
Linkedin wzmacnia ten mechanizm, bo algorytm premiuje interakcje. Im więcej ich masz, tym bardziej jesteś widoczny. Im bardziej jesteś widoczny, tym więcej ludzi reaguje. Im więcej ludzi reaguje, tym bardziej czujesz, że musisz oddać. To jest spirala, która napędza się sama. Nie dlatego, że ludzie są fałszywi. Dlatego, że tak działa ludzki mózg. Wzajemność jest jednym z najbardziej pierwotnych mechanizmów społecznych (pomijamy tu socjopatów i egocentryków). Pomagała przetrwać plemionom, pomaga przetrwać także w cyfrowych społecznościach. Linkedin jest tylko nowoczesną wersją ogniska, przy którym wymieniamy się uwagą, opiniami i emocjami. Tyle że zamiast ognia mamy algorytm, a zamiast rozmowy twarzą w twarz mamy komentarze i reakcje.
Reguła wzajemności działa tak mocno, bo dotyka czegoś, co jest w nas głęboko, potrzeby bycia częścią grupy. Mało kto chce być samotną wyspą. Nikt nie chce mówić do pustej sali. Nikt nie chce publikować w próżni. Dlatego ludzie reagują, komentują, wspierają. Czasem szczerze, czasem automatycznie, czasem z przyzwyczajenia, a czasem złośliwie. Ale zawsze z tego samego powodu – bo chcą, żeby ktoś zrobił to samo dla nich. No chyba, że to złośliwość, to wtedy z reguły nie chcą byś zrobił dla nich to samo. Choć ci bardziej inteligentni wiedzą, że złośliwością (w tym między innymi tzw. hejtem) da się zarządzać i że to materiał łatwopalny, zwiększający płomień przy ognisku. Choć zauważyłem, że wyznawcy nowego bożka jakim jest psychologia pozytywna pieką kiełbaski na ogniu przygasającym, właściwie to nie jest pieczenie, tylko wędzenie. Tam żaru namiętności brak, a kiełbaski są zimne.
Co tracą ci, którzy jej nie stosują.
Osoby skupione tylko na swoich treściach, czyli contentowi egoiści tracą sporo. Część osób ich omija, bo tylko biorą, nic nie dają od siebie. Publikują, znikają, wracają dopiero wtedy, gdy mają coś do wrzucenia. Nie komentują, nie wspierają, nie uczestniczą w rozmowach poza swoim wallem. Traktują Linkedin jak tablicę ogłoszeń, a nie jak społeczność. I potem dziwią się, że ich posty mają zasięgi jak ulotki rozdawane w deszczu. Są też osoby, które pojawiają się tylko wtedy, gdy szukają pracy. Liczą, że będą dostawać lajki, że społeczność będzie ich wspierać, choć większość z tych osób nie daje nic od siebie – chcą tylko czerpać.
Brak wzajemności sprawia, że ludzie przestają ich widzieć. Nie dlatego, że są źli. Dlatego, że nie istnieją w relacjach. Linkedin nie nagradza samotnych wysp. Nagradza tych, którzy są częścią ekosystemu. Jeśli ktoś nigdy nie komentuje, nigdy nie reaguje, nigdy nie wspiera innych, to inni nie mają powodu, żeby wspierać jego. To nie jest zemsta. To jest naturalna selekcja uwagi. Ludzie kierują uwagę tam, gdzie czują obecność. A obecność to nie publikowanie raz na tydzień. Obecność to uczestnictwo.
Ci którzy ignorują regułę wzajemności, tracą też coś ważniejszego niż zasięgi. Tracą możliwość budowania relacji. A relacje są walutą, która działa dłużej niż jakikolwiek post. Relacje otwierają drzwi, których nie otworzy żadna liczba reakcji. Relacje sprawiają, że ludzie pamiętają, polecają, wspierają. Jeśli ktoś nie daje nic od siebie, nie buduje niczego trwałego. Zostaje sam ze swoimi treściami, które giną w tłumie.

Co naprawdę buduje zaangażowanie na Linkedin.
Zaangażowanie na Linkedin nie bierze się z trików, hacków, algorytmów ani magicznych godzin publikacji. To wszystko może pomóc (choć nie musi), ale nie zastąpi tego, co najważniejsze. Zaangażowanie bierze się z jakości uwagi. Z tego jak piszesz, jak reagujesz, jak rozmawiasz. Z tego, czy jesteś obecny, czy tylko udajesz obecność. Z tego, czy Twoje treści są żywe, czy tylko poprawne. Z tego, czy ludzie czują, że za Twoimi słowami stoi człowiek, a nie sztuczna kalkulacja atencji.
Zaangażowanie buduje się wtedy gdy piszesz tak, jak myślisz, a nie tak, jak „powinno się pisać”. Gdy komentujesz tak, jakbyś rozmawiał z kimś przy stole, a nie jakbyś odrabiał zadanie domowe. Gdy Twoje reakcje są prawdziwe, a nie automatyczne. Gdy Twoje treści mają sens, a nie tylko formę. Linkedin jest pełen ludzi, którzy próbują brzmieć profesjonalnie, ale brzmią jedynie jak generator fraz. A ludzie nie reagują na frazy. Reagują na głos.
Zaangażowanie rośnie tam, gdzie jest autentyczność. Nie ta udawana, nie ta coachingowa, nie ta z poradników. Autentyczność, która wynika z tego, że masz coś do powiedzenia i mówisz to własnym językiem. Ludzie nie szukają perfekcji. Szukają prawdy. A prawda ma swój rytm, swoją temperaturę, swoje niedoskonałości. I właśnie dlatego działa.
Jak ludzie próbują grać regułą wzajemności.
Linkedin jest pełen zachowań, które wyglądają jak networking, ale są tylko jego imitacją. Ludzie lajkują, komentują, wysyłają zaproszenia, piszą wiadomości, ale nie dlatego, że chcą coś powiedzieć. Robią to, bo liczą na zwrot. To jest handel, nie relacja. To jest wymiana przysług, nie rozmowa. To jest ruch pozorny, który ma wyglądać jak aktywność. Widać to w komentarzach, które nic nie wnoszą. W reakcjach, które są automatyczne. W wiadomościach, które są kopiowane setki razy. W zaproszeniach bez kontekstu. W grupach wzajemnego lajkowania, które działają jak doping. To wszystko wygląda jak zaangażowanie, ale nim nie jest. To jest pusta forma. A pusta forma zawsze kiedyś pęka. Ludzie próbują grać regułą wzajemności bo myślą, że to skrót. Że wystarczy lajk za lajk, komentarz za komentarz, wsparcie za wsparcie. Ale to nie działa. A jeśli działa, to tylko chwilę. Bo wzajemność bez treści jest jak rozmowa bez słów. Niby trwa, ale nic z niej nie wynika. Reguła wzajemności działa tylko wtedy, gdy jest prawdziwa. Gdy wynika z ciekawości, a nie z kalkulacji. Gdy jest gestem dobrej woli.
A jednak warto. Podsumowanie.
Faktem jednak jest, że pomimo tych mankamentów i złożoności intencji jeśli chcesz zaistnieć na Linkedin, to tworzyć treści i komentarze jest warto, i to nie tylko pod swoim postem. Warto, bo platforma działa jak żywy organizm. Widzi kto jest obecny, kto reaguje, kto wspiera innych, kto wnosi coś do rozmowy. Widzi też tych, którzy pojawiają się tylko wtedy, gdy mają coś do sprzedania, ogłoszenia do wrzucenia albo potrzebę autopromocji. Linkedin nie jest miejscem, które nagradza samotne wyspy lub egoistów. To przestrzeń, która premiuje ludzi którzy są częścią ruchu, a nie tylko biernymi obserwatorami. Komentować warto, bo komentarze są często silniejsze niż posty. To one budują rozpoznawalność, to one otwierają drzwi (jak również je zamykają), to one sprawiają, że ludzie zaczynają Cię kojarzyć. Jeden dobry komentarz potrafi zrobić więcej niż trzy przeciętne posty. Komentarz jest jak wejście do czyjegoś salonu. Jeśli powiesz coś sensownego, zostaniesz zapamiętany. Jeśli powiesz coś prawdziwego, zostaniesz zaproszony ponownie. Jeśli powiesz coś, co poruszy, ludzie sami przyjdą do Ciebie. Warto, bo wzajemność działa jak mięsień. Im częściej jej używasz, tym bardziej naturalna się staje. Nie chodzi o to, żeby komentować wszystko, nie chodzi o to, żeby komentować zawsze „pozytywnie”. Chodzi o to, żeby być obecnym tam, gdzie naprawdę coś Cię interesuje. Gdzie masz coś do dodania. Gdzie widzisz sens. Wtedy wzajemność nie jest obowiązkiem, tylko naturalną konsekwencją.
KORZYSTAJĄC Z OKAZJI.
Na koniec drobne wyjaśnienia, gdyż kilka osób pytało mnie o to.
Dlaczego piszę w artykułach i postach „Linkiedin” z małym „in”, a nie „In”?
Robię to z przekory, to mój „znak rozpoznawczy”, jeden z kilku.
Dlaczego mój blog ma nietypową dla „HR bloga” szatę graficzną?
Bo HR blogi mają z reguły powtarzalne i strasznie nudne grafiki stockowe, ja chciałem inaczej.
No i mój blog nie jest blogiem tylko o tematyce HR.
Co to za style w grafice?
Różne, czasami pin-up girl, czasami stylizacje retro, rzadziej stylizacje Bauhaus.
Lubię też symbolikę, abstrakcję i motywy zwierzęce.
Co Ci daje ten blog?
Po pierwsze – zwyczajną przyjemność.
Taką samą, jaką Tobie daje łowienie ryb, a Twojej żonie trening salsy z partnerem, który… tańczy z nią nie tylko salsę.
Po drugie – bardzo konkretne rzeczy: rozpoznawalną markę, widoczność w Google, stały trening pisania, możliwość testowania form i pomysłów, których nie wypada sprawdzać na klientach. Blog to moje prywatne laboratorium „contentu i SEO”.
Po trzecie – daje mi on czytelników, a to największa wartość z tej puli.
Cringe i udawanie na Linkedin? Przeczytaj.
LINK:
https://dobryhr.eu/linkedin-vs-rzeczywistosc-autoprezentacja-cringe-koloryzowanie/
Autor: Jakub Iciaszek
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Potrzebujesz profesjonalnego CV lub doradztwa kariery?
A może marketingu na Linkedin lub strategii marketingowej?
Masz problemy z rekrutacją pracowników?
Zapoznaj się w takim razie z moją ofertą.
LINK:
Zapraszam do kontaktu.
