My, Sarmaci, jesteśmy narodem wybranym…
Wyobraźmy sobie, że polski rynek pracy to scena komediowa, a głównym bohaterem jest pan/pani CEO MŚP. Nie byle jaki, tylko taki, którego DNA zostało zmodyfikowane przez samą historię. Ich przodkowie już w 1670 roku kazał chłopu doić krowę, a jednocześnie narzekali, że chłop śmie oddychać, bo jak wiadomo był to oddech cuchnący. Dziś potomkowie tego rodu w garniturze i z laptopem w ręce krzyczą: „Umowa o pracę? Nie, nie! To dla mnie finansowy kataklizm!”.
Nasi współcześni Adamczychowie traktują prawo pracy jak dżumę. Niby wiedzą, że istnieje, ale lepiej nie dotykać, bo można się zarazić. Oni mają swoją filozofię: „Jak chcesz zarabiać, podpisz zlecenie. Jeśli chcesz żyć, to hop hop hop”. Albo załóż swoją firmę i posmakuj, jak sukces boli i jak trzeba wiele odziedziczyć, by żyć w biedzie. Możesz być chłopem na B2B, tak też się da. Wtedy twój pan wrzuci sobie ciebie w koszty. Bo jesteś jego kosztem. W ich świecie umowa o pracę to luksus jaki otrzymują tylko członkowie rodziny zatrudnianej w firmie rodzinnej.
Państwowa Inspekcja Pracy to potop szwedzki, z resztą to nie może być przypadek, że obecny Główny Inspektor Pracy wygląda jak Szwed.
Nie ma przypadków.
Są tylko znaki.
Najlepsze jest to, że narracja tych biznesowych magnatów brzmi jak lament szlachcica: „Oj, cierpię, bo muszę płacić składki!”. Cierpią tak bardzo, że aż trudno im spać na swojej skórzanej kanapie. Otuleni ciepłem dotacji unijnych jednocześnie nie lubią tej złej unii, ale biorą jak dają. Biorą, bo się należy. Oni to sól tej ziemi, światło w ciemności, ostatnia nadzieja uczciwego feudalnego kapitalizmu. Przynajmniej w swojej własnej opowieści. W swojej, bo cudze opowieści ich nie interesują. Chyba, że innych Sarmatów, to wtedy tak.
Nie stawiajcie oporu hop hop hop…
Kiedy pracownik próbuje bronić swoich praw (przyp. chłop), to nasz CEO reaguje jak magnat na chłopskie powstanie. „Co to ma znaczyć? Ty chcesz urlopu? Ty chcesz chorować? Hop hop hop, do roboty!”. Pracownik w tym teatrze to zawsze podejrzany element. Jeśli kaszle, to symuluje. Jeśli nie kaszle, to pewnie i tak planuje L4 na depresję, bo jest smutny. Ja mu daję umowę zlecenie, a on śmie być smutny. Bo to pokolenie teraz jest takie słabe.
Władca MŚP lubi rządzić przez strach. Niby się uśmiecha, niby rzuca żartem, ale w głębi duszy marzy, żeby pracownicy znów byli pańszczyźnianymi chłopami. Najchętniej trzymałby ich w stodole i codziennie rano liczył, ilu przyszło. Bo nieobecność to zdrada. A zdrada boli bardziej niż rachunek za leasing. Nie da się ukryć, że takie podejście to satyra sama w sobie. Wystarczy jeden dzień zwolnienia lekarskiego, żeby rozległ się dramatyczny monolog: „Jak ja teraz utrzymam tę firmę? Jak ja zapłacę rachunki? Przecież to koniec!”. I tak co tydzień. Jak w telenoweli, tylko zamiast miłości mamy inne silne więzi i relacje, relacje pańszczyźniane. A chłopy i chłopki boją się odrzucić tę miłość. Bo tak dobry pan może się już nie trafić.
Nikt mi nic nie dał za darmo. Wszystko musiałem sam odziedziczyć…
Największa ironia polega na tym, że współczesny CEO z folwarku lubi mówić o dziedzictwie. „Buduję firmę od zera” – powtarza, stojąc w biurze odziedziczonym po ojcu. Lub w innym, ale za talary starego. Dziedziczenie ciężkiej pracy brzmi szlachetnie, dopóki nie spojrzymy, że największym wysiłkiem jest narzekanie na pracowników. A nie daj boże homo homini lapus est, czyli gdy najniższa krajowa znowu pójdzie w górę o 100 lub 200 zł. Wtedy trzeba skrócić wakacje w Tunezji o 1 dzień.
L4 to dla niego cios w plecy. To nie choroba, to zdrada narodowa. „Jak to? On nie przyszedł? Przecież ma tylko 39 stopni gorączki! W 1670 roku chłop orał pole z zapaleniem płuc, a dziś człowiek kicha i już niezdolny do pracy”. Takie porównania są codziennością w tym świecie, gdzie historia miesza się z absurdem. Żyje się by pracować dla swego pana, a nie chorować. Choroba to nie jest samorozwój.
CEO w swojej wizji cierpi za miliony. On przecież daje zatrudnienie, a oni śmią chorować. On stawia fundamenty przyszłości, a oni te fundamenty sabotują, bo chłopi zawsze sabotowali wszystko co się dało. On w pocie czoła tworzy miejsca pracy, a oni chcą umowy o pracę. To potwarz!!! I tak koło się zamyka, a rynek pracy przypomina odcinek serialu 1670, śmieszny, żałosny i boleśnie prawdziwy. Najlepiej jak nie chcesz umowy o pracę i nie chorujesz, wtedy jesteś swój chłop, choć w zasadzie mój chłop.
Na koniec można by rzec: „Takie czasy, takie geny”. Ale prawda jest prosta, dopóki CEO MŚP 1670 będzie traktował ludzi jak chłopów pańszczyźnianych, dopóty ten kabaret będzie trwał. I to nie jest już satyra. To codzienność, z której śmiać się musimy, żeby nie płakać. To świat wielu ludzi. I jak czyta to teraz jakiś CEO MŚP i się obrusza… to ja panu nie przerywałem!!!
Bo nie przerywałem, gdy pisał pan rzewny post na portalu Linkedin.
Była to satyra biznesowa inspirowana serialem 1670 oraz polskim rynkiem pracy.
Kultura zapierdolu. To też przeczytaj.
LINK:
https://dobryhr.eu/action-bias-i-kultura-zapierdolu-jak-tu-odpoczac/
Autor: Jakub Iciaszek
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Potrzebujesz profesjonalnego CV lub doradztwa kariery?
A może marketingu na Linkedin lub strategii marketingowej?
Masz problemy z rekrutacją pracowników?
Zapoznaj się w takim razie z moją ofertą.
LINK:


