Categories Artykuły

List motywacyjny. Legenda zjedzona przez bazyliszka z Tindera

Kiedyś, dawno temu list motywacyjny bywał dość istotnym elementem aplikacji rekrutacyjnej. W skład której często wchodził razem z Curriculum Vitae. Te dwa dokumenty były często zgranym małżeństwem przez całe lata. Jednak świat rekrutacji szczególnie w sektorze white collars uległ na przestrzeni czasu dużym zmianom. Zmienił się sam styl rekrutacji i jej mindset. Niestety często na gorsze. A samo „badanie” motywacji w trakcie procesów rekrutacyjnych przypomina obecnie bardziej hipergamiczną randkę z Tindera, niż rekrutacje sprzed lat. Którym też do doskonałości brakowało wiele. Ale jednak…

Może zastanówmy się, czym jest sama motywacja oraz cel.
Jest ona stanem wzbudzenia psychofizycznego, z łaciny „motivus” czyli ruchomy. To wewnętrzny stan człowieka i jego gotowość do podjęcia działania, która wynika z jakiejś potrzeby, którą chcemy zaspokoić. Motywacja może wypływać z czynników świadomych, jak i nieświadomych. Może być też zmienna. Odnośnie pracy zawodowej głównym motywatorem są pieniądze, bo to one decydują o naszym przetrwaniu i komforcie, choć nie jest to jedyny motywator. Gdy ten podstawowy jest zaspokojony należycie, wtedy też inne motywatory dodatkowo mogą nas dopingować. I raczej nie działa to na odwrót.
Świadomość wyniku podejmowanych działań zwana jest z kolei celem. Do rozwoju teorii motywacji w istotny sposób przyczynił się amerykański psychofizjolog i filozof William James (1842-1910), który to zakładał, że naszym zachowaniem kierują instynkty, które pomagają nam przetrwać. Z kolei na drodze eksperymentów wykazano, że zachowania instynktowne wynikają z uczenia asocjacyjnego, czyli skojarzeniowego. A nasz mózg pragnie być syty, bo to on to wszystko sobie odczuwa.

Rolą listu motywacyjnego było jak sama nazwa wskazuje ukazanie naszej motywacji przyszłemu pracodawcy oraz zachęcenie go naszą osobą i naszą motywacją do zatrudnienia nas lub podjęcia z nami współpracy. Lub też dania nam awansu i podwyżki. List motywacyjny bywa niekiedy mylony z podaniem o pracę, ale to nie to samo.

Przejdźmy do banałów, które jednak są ważne. Mimo, że list motywacyjny pisać będziecie rzadko lub może nawet nigdy, to warto wiedzieć jaką ma budowę. Składa się z daty i miejscowości, imienia i nazwiska, danych kontaktowych, danych persony docelowej czyli pracodawcy, wstępu. Rozwinięcia, w którym uwidaczniamy naszą motywację w sposób atrakcyjny i czytelny, w nim przedstawiamy też to, co możemy zaoferować. Zakończenia gdzie się grzecznie i biznesowo żegnamy. Mile widziany jest też podpis na dole dokumentu. To tak jakby wzmaga personalizację oraz kurtuazję tego dokumentu. W końcu nasz podpis jest czymś mocno naszym. Niektóre poradniki mówią też o tym, by nie kopiować informacji z CV, a w LM pisać konkretne dane, liczby i osiągnięcia. Porada ta jest obecnie dość nieaktualna, bo w CV, szczególnie w CV typu executive w obecnej dobie pisze się te informacje na przykład w rubryce „główne osiągnięcia”. To tyle tytułem budowy i tradycji. Listy motywacyjne choć jeszcze długo istnieć będą, to przechodzą sukcesywnie do lamusa. Czy to dobrze, czy źle, nie mi oceniać. Miały one swoje zalety, miały też wady, bo dodatkowo zjadały czas kandydatów. Mówi się też, że papier wszystko przyjmie, więc napisać można wszystko. Choć moim zdaniem list motywacyjny miał też swój urok. Szczególnie, gdy był szczery, a sama rekrutacja była prowadzona profesjonalnie i nie na gwałt.

Zdarzają się doradcy zawodowi i ludzie ze świata HR głoszący, że LM jest czymś, co zwiększa Twoją konkurencyjność. I że w CV ciężko byłoby to wszystko zawrzeć. Ja się z tymi twierdzeniami nie do końca zgadzam, bo w dobrze napisanym CV da się to wszystko zawrzeć i uwidocznić. Dodatkowo trzeba wspomnieć o tym, że obecnie rekruterzy wręcz „chwalą się” tym, jak to mało czasu mają na czytanie CV i jak niewiele czasu poświęcają na jego czytanie. Więc tego typu twierdzenia, że LM zwiększa konkurencyjność są jak widać mocno oderwane od rzeczywistości, przypomina to „dialog” Vladimira Putina i Wołodymyra Zełenskiego. Jakość rekrutacji w Polsce jest na niskim poziomie i można odnieść wrażenie, że dalej stopniowo się pogarsza, tego zdania jest też kilku moich znajomych headhunterów, którzy znają rynek pracy w Polsce od podszewki z perspektywy wielu lat. W dużym stopniu za pogorszenie jakości rekrutacji odpowiedzialne są sieciowe agencje rekrutacyjne, gdzie tak zwane Julki od rekrutacji dokonują swoich preselekcji, często nie rozumiejąc tego, co de facto czytają. Choć podobne zjawisko ma miejsce w działach wewnętrznych HR, gdzie Andżeliki Talentakłyzyszyn robią podobnie przykre rzeczy. Oczywiście do kompletu wiele osób szukających pracy pisze nieczytelne CV, co dodatkowo komplikuje ten cały ambaras.

Gdzie tu miejsce na list motywacyjny ktoś zapyta?
Tu miejsca na list motywacyjny za bardzo nie ma, bo to fast food rekrutacyjny, mało intelektualny przemiał dużej ilości treści od bardzo dużej ilości kandydatów. Gdzie głównie i często brane są pod uwagę jedynie daty zatrudnienia i nazwa stanowiska.
Spotkałem się też niedawno ze stwierdzeniem pewnej popularnej na Linkedin rekruterki, że rekruter w zasadzie to już tak jakby nie rekrutuje, bo nie podejmuje decyzji. To bardziej forma zmydlania odpowiedzialności za rekrutacje, bo wiadomo, że rekruterzy dalej rekrutują, to ich praca. Więc w takiej sytuacji list motywacyjny przeczytany raczej też nie będzie. Wielokrotnie spotkałem się z opiniami Pań z HR i rekruterek (przyp. branża silnie sfeminizowana), że kierują się one w ocenie kandydatów swoimi odczuciami i sympatią lub jej brakiem. Nawet gdy nie będą z tą osobą pracowały, jedynie ją rekrutując. Czyli gdy serduszko puka w rytmie cza-cza, to jest szansa na Czadoman „Jesteś moją bajką” , a jak nie, to zobaczysz orła cień, oczywiście orła cień bez feedbacku. Wtedy ciężko mówić o racjonalnej rzetelnej rekrutacji i przypomina to bardziej randkę z Tindera. Tu na list motywacyjny też miejsca raczej nie będzie. Bo oceny są szybkie i bardzo powierzchowne.

Także Drodzy Państwo, wielu z Was listu motywacyjnego w swoim życiu pisać nigdy już nie będzie, bo nie będziecie mieli takiej potrzeby. Ale może się tak zdarzyć, że niektórzy z Was będą go potrzebowali, przykładowo aplikując na stanowiska urzędnicze, lub startując w butikowych rekrutacjach typu executive. Zdarza się czasami, że listu motywacyjnego oczekują pracodawcy z sektora MŚP, choć też już dość rzadko. Rolę LM częściowo też przejęło CV, które to staje się dokumentem aplikacyjnym coraz skrzętniej rozbudowywanym, taki jest obecnie trend. Curriculum Vitae, szczególnie CV obszerne managerskie i wysokospecjalistyczne zawierają coraz więcej informacji, w tym również informacje o motywacji, głównych osiągnięciach, kompetencjach miękkich.
I to można bardzo dobrze w CV ulokować.
Także… czy to źle, że list motywacyjny stał się bazyliszkiem zjedzonym przez bazyliszka z Tindera?
Odpowiedź brzmi… to zależy.
Z jednej strony to nawet dobrze, bo często był to przerost formy nad treścią.
Z drugiej szkoda, że legenda umiera akurat z powodu makdonaldyzacji procesów rekrutacyjnych.
Kandydaci z jednej strony mają mniej pracy, z drugiej muszą nieco bardziej przyłożyć się do pisania swojego CV.
Suma sumarum wychodzi na to samo.

LINK:

https://dobryhr.eu/jak-napisac-dobre-cv-nie-badz-leszczem-badz-szczupakiem/

Autor: Jakub Iciaszek
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wesprzyj autora poprzez patronat.

patronite.pl/dobryHR

UDOSTĘPNIJ ARTYKUŁ