Czym jest autentyczność i jak wzmacnia wiarygodność?
Autentyczność to jedno z tych słów, które stało się nośnikiem emocji, ideałów i pewnej tęsknoty za prawdziwością w świecie pełnym pozorów. To nie jest cecha zarezerwowana wyłącznie dla wybitnych liderów, mówców motywacyjnych, czy twórców internetowych. To postawa, która dotyczy każdego z nas, każdego dnia, w pracy i w życiu osobistym. Autentyczność oznacza bycie sobą w pełnym, nieupiększonym wymiarze. To zgodność pomiędzy naszymi wartościami, przekonaniami, a zachowaniem. To decyzja o tym, by mówić i działać w sposób spójny, nawet jeśli wymaga to odwagi, a niekiedy także konfrontacji ze światem, który ceni powierzchowność bardziej niż głębię.
Wiarygodność natomiast to odbiór naszej osoby przez innych, to jak jesteśmy postrzegani i na ile ludzie nam ufają. To kapitał społeczny, który budujemy latami, często mozolnie, przez powtarzalność, uczciwość, a także przez to, jak reagujemy w chwilach kryzysu. Co istotne, autentyczność jest nieodłączną częścią tej wiarygodności, nie można być naprawdę wiarygodnym, jeśli nie jest się prawdziwym. Gdy nasze słowa i czyny nie są w harmonii z tym, kim jesteśmy, zaufanie zaczyna się kruszyć. Nawet jeśli ktoś jest kompetentny, elokwentny i profesjonalny, ale brakuje mu autentyczności, to nie będzie odbierany jako osoba godna zaufania. To dlatego autentyczność nie jest tylko wartością moralną, ale realnym fundamentem wpływu i relacji.
Autentyczność i wiarygodność są zatem splecione jak korzenie drzewa. Jedno i drugie odżywia cały organizm. Tam, gdzie brakuje jednego, drugie nie ma szansy przetrwać. To naczynia połączone, warto by te naczynia były szczelne.
Czy autentyczność bardziej opłaca się od pudrowanego wizerunku?
W świecie, gdzie komunikacja odbywa się głównie poprzez marketing treści, a każda platforma społecznościowa zachęca do pokazywania „lepszej wersji siebie” łatwo uwierzyć, że sukces zależy od tego, jak dobrze potrafimy się sprzedać. Pudrowany wizerunek, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach, wydaje się gwarantem aprobaty i popularności. Ale to tylko połowa prawdy. Bo o ile może on przyciągać uwagę, to nie buduje trwałego zaangażowania ani lojalności. W każdym bądź razie nie u odbiorcy myślącego.
Autentyczność działa na zupełnie innych zasadach. Jest mniej efektowna, ale bardziej efektywna. Nie krzyczy, ale mówi prawdziwie. Nie próbuje imponować, ale zaprasza do relacji. Ludzie podświadomie wyczuwają, kto jest sobą, a kto gra. I choć może nie każdy od razu to doceni, to właśnie autentyczne osoby przyciągają tych, którzy liczą się naprawdę. Bo autentyczność filtruje odbiorców. Zamiast szukać aprobaty wszystkich, pozwala zbudować głębokie więzi z tymi, którzy rezonują z naszym przekazem. W ten sposób tworzy się społeczność, nie tłum. Relacje, nie zasięgi. Wpływ, nie popularność.
Co więcej, autentyczność daje spokój. Nie trzeba pamiętać, co się powiedziało wczoraj, jeśli mówi się prawdę. Nie trzeba kreować wizerunku, jeśli po prostu się jest. To odciąża psychicznie i pozwala inwestować energię w to, co naprawdę ważne, w rozwój, relacje i realne działanie. Pudrowany wizerunek może błyszczeć na chwilę, ale autentyczność świeci długo. I nie gaśnie, gdy przychodzi kryzys.
Dlaczego ludzie udają w życiu i w social mediach?
Żyjemy w kulturze performansu. W kulturze, która premiuje efekt końcowy, a nie proces. W której liczy się to, co widoczne, a nie to, co prawdziwe. Nic więc dziwnego, że wielu ludzi decyduje się na udawanie, na wykreowaną wersję siebie, która lepiej się „sprzedaje”. Media społecznościowe, choć z założenia miały łączyć ludzi i służyć autentycznemu wyrażaniu siebie, stały się sceną, na której gramy role zamiast być sobą.
Presja sukcesu, wszechobecna porównywalność, a także głęboka potrzeba akceptacji popychają nas do tworzenia wizerunków, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Gdy widzimy, jak inni odnoszą sukces za sukcesem, publikują zdjęcia z egzotycznych wyjazdów, chwalą się osiągnięciami zawodowymi, łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że tylko „lepsza wersja mnie” jest warta pokazania. Psychologia tłumaczy to jako reakcję obronną – tworzymy alter ego, które ma nas chronić przed oceną, odrzuceniem i niską samooceną.
Ale udawanie nie jest rozwiązaniem. Jest tylko czasowym plasterkiem na lęk. W dłuższej perspektywie oddala nas od siebie, osłabia relacje i prowadzi do wypalenia. Bo nie da się przez całe życie udawać. I choć może się wydawać, że tylko pokazując „idealne życie” zyskujemy aprobatę, to prawdziwe połączenie z drugim człowiekiem zawsze rodzi się w prawdzie.
* przy okazji polecam książkę Eric Berne pod tytułem: „W co grają ludzie”.
Dlaczego ludzie udają i oszukują na rozmowach o pracę?
Rozmowa o pracę to sytuacja wysoko stresująca, w której kandydaci czują, że stawką jest nie tylko nowa rola, ale często także poczucie własnej wartości. Nic dziwnego, że wiele osób decyduje się w takiej sytuacji na koloryzowanie swojego życiorysu, czy zbytnie eksponowanie sukcesów. To nie zawsze wynika ze złej woli, raczej z przekonania, że „wszyscy tak robią” i że bez tej gry nie mają szans w starciu z konkurencją.
Do tego dochodzi wpływ doradców kariery, którzy często, choć nie zawsze świadomie uczą technik bardziej przypominających PR niż uczciwą autoprezentację. Kandydaci uczą się więc mówić „językiem sukcesu”, nawet jeśli nie mają jeszcze wielu osiągnięć. Uczą się, jak „odpowiadać” na pytania, a nie jak mówić o sobie. I choć może to zwiększyć ich szanse na przejście do kolejnego etapu rekrutacji, to prowadzi do powstania nieautentycznego obrazu, który prędzej czy później zderzy się z rzeczywistością.
Gdy wchodzimy do organizacji jako „ktoś, kim nie jesteśmy”, musimy grać tę rolę codziennie. A to prosta droga do frustracji i wypalenia. Tymczasem wiele firm (wbrew pozorom) coraz bardziej docenia szczerość i transparentność. Nie chodzi o perfekcję, ale o spójność i odwagę, by być sobą, nawet jeśli to oznacza przyznanie się do błędów, słabości czy ograniczeń.
Choć wiele firm tego dalej nie docenia.
A to rodzi reakcję w postaci patologicznych trendów.
Moda na brak autentyczności na portalu Linkedin.
Linkedin, choć z założenia miał być platformą profesjonalną, coraz częściej przypomina hybrydę między coachingowym blogiem – a portalem skrajnej autopromocji. Coraz trudniej odróżnić prawdziwe historie zawodowe od dobrze skonstruowanych narracji, pisanych pod algorytm. A przecież pierwotnym celem Linkedina było dzielenie się wiedzą, doświadczeniem i inspirowanie do rozwoju, a nie odgrywanie niekończącego się spektaklu sukcesu.
Tymczasem obserwujemy wysyp treści, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Trenerzy personalni, specjaliści od Linkedina i tzw. marek osobistych często uczą, jak pisać w sposób, który się „klika”. Jak konstruować posty emocjonalne, które wzbudzą reakcje, niezależnie od ich prawdziwości. Pojawia się więc opowieść o tym, jak ktoś rzucił wszystko i założył firmę życia, jak z bezrobotnego stał się mentorem dla tysięcy. Czasem to prawda, ale często – jedynie „dobrze” opakowana fikcja.
Problem polega na tym, że taka narracja tworzy presję. Sprawia, że użytkownicy zaczynają się porównywać i czują, że nie są wystarczająco dobrzy, skoro nie mają podobnej historii. W efekcie zaczynają sami koloryzować, by nie odstawać od reszty. I tak koło się zamyka. A przecież to właśnie prawdziwe historie o porażkach, trudnych decyzjach, wątpliwościach mają największą moc. To one są bliskie, ludzkie i potrzebne. Niestety i tego typu narracje są często używane w sposób fałszywy. Patocelebryci jakiś czas temu dostrzegli, że manipulacja „na sukces” słabiej się sprzedaje, więc niektórzy z nich tworzą odwrócone narracje „jak z porażki wykuli sukces”, jak „wyszli z depresji i stali się ponownie pancerni”. Jednak sprawne oko szybko wychwytuje w tym manipulację treścią i zwykły cringe.
Taka moda panuje oczywiście na wszystkich portalach, na Facebook, Tinder, Instagram i innych.
Rekapitulując…
Autentyczność – to nie pozorowane hasło reklamowe. To nie strategia marketingowa ani taktyka na zwiększenie zasięgów. To styl życia, postawa, sposób bycia. To decyzja, by nie dopasowywać się do oczekiwań świata kosztem siebie. By mówić szczerze, działać spójnie i żyć w zgodzie ze sobą, nawet jeśli czasem oznacza to mniej lajków, mniej klientów, mniej szybkich sukcesów. To trudne prawda?
W świecie, który nagradza pozory i wyścig szczurów, autentyczność bywa aktem odwagi. Ale właśnie dlatego jest tak cenna. Bo tam, gdzie kończy się udawanie, zaczyna się prawdziwa relacja. Tam, gdzie pojawia się szczerość, rodzi się zaufanie. I tam, gdzie jesteśmy sobą, przyciągamy tych, którzy są gotowi zobaczyć nas naprawdę, nie przez pryzmat powierzchowności, ale przez pryzmat wartości.
Nie chodzi o to, by być perfekcyjnym. Chodzi o to, by być prawdziwym. Bo właśnie tacy ludzie, nieidealni, ale autentyczni. zmieniają świat wokół siebie. Nie przez to co mówią, ale przez to kim są.
Jako ciekawostkę i trigger do refleksji rzucę na koniec myśl, która może być tematem do oddzielnego artykułu. Jaka to myśl? Mianowicie taka, że zawodowo „musimy” być tacy sami, jak w życiu prywatnym i że zawód świadczy o tym, kim jesteśmy. Też tak kiedyś myślałem, ale z czasem dojrzałem i wiem, że tak bardzo często nie jest i być tak nie musi.
Socjotechnika. To też przeczytaj.
LINK:
https://dobryhr.eu/socjotechnika-badz-jej-swiadomy/
Autor: Jakub Iciaszek
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Potrzebujesz profesjonalnego CV lub doradztwa kariery?
A może marketingu na Linkedin lub strategii marketingowej?
Masz problemy z rekrutacją pracowników?
Zapoznaj się w takim razie z moją ofertą.
LINK:
Zapraszam do kontaktu.


